Zaginął pies

Czy jest coś bardziej traumatycznego niż zguba małej istoty za którą to ty byłeś/jesteś odpowiedzialny?
Borykam się z tym po raz pierwszy w życiu i opowiem o moich emocjach. Nie będą to porady, ale z całą pewnością kilka wskazówek może się przydać, czego z całego serca nikomu nie życzę.
11 kwietnia 2024
Z zupełnie normalnego dnia powstał koszmar, który trwa, a piszę ten tekst 11 dni później. Zabrałam jedną z moich suczek Gienię i 2 chłopaków na wizytę do miasta. Dla Gieni jazda samochodem nie jest jej ulubionym spędzaniem czasu. Nie lubi jazdy. Ale jest grzeczna. Bo to zawsze była grzeczna suczka. Z tych, które na spacerze nie odbiegają daleko i o które jest się spokojnym. Więcej uwagi poświęcam dwóm młodym samcom, które kipią testosteronem i mają jeszcze pstro w głowie.
Pod domem Gienia wyskakuje z samochodu, a ja zajmuję się chłopakami.
Jak tragiczny był to mój błąd, okazało się może pół minuty później, kiedy Gienia zniknęła, jak duch… Do dziś nie wiem, co wyzwoliło ten atak paniki. Stres jazdą samochodem? Groźne szczekanie psów u sąsiada, których zawsze się obawiała, mimo że zamknięte w kojcu?
Nie wiem.
Ale przecież to stało się tuż przy domu, po prostu pobiegła na łąkę za domem, którą zna.
Odstawiłam chłopaków na wybieg i pobiegłam za dom.
Zobaczyłam uciekającą Gienię nie w lewo, gdzie zawsze chodzimy, a w prawo, gdzie nie chodzimy nigdy, bo staw, bo krzaki, bo rów napełniony wodą, bo tyły innych gospodarstw…Zniknęła za małą górką i nie reagowała na wołanie.
Kilkadziesiąt minut później dostaję informację, że biega po skrzyżowaniu drogi krajowej z naszą wiejską drogą, 1,5 km od domu. Gdzie nigdy nie była, bo i po co łazić przy drodze krajowej?
Ostatni raz zobaczyłam ją, kiedy przeskakuje rów na polu 3-4 km od domu i znika na wzgórzu… Na zupełnie sobie obcym terenie, w innej wsi. W amoku, panice, sama i głucha na wołanie.
Tak, to może zdarzyć się psu, którego do tej pory uważaliśmy za stabilnego emocjonalnie.
Może nie jest to cecha charakterystyczna rasy sheltie, ale zdarza się to im dość często. I nie tylko szetlandom. Skala zjawiska jest naprawdę duża. Zdarza się, że z jakiegoś tylko psom znanego powodu – wpadają w panikę i głuchną, biegną przed siebie i to właśnie wtedy giną, zostawiając daleko za sobą pełnego rozpaczy właściciela.
Co robić?
Wróciłam do domu po samochód i zaczęłam objeżdżać teren, na którym straciłam ją z oczu. To wieleset hektarów samych pól, kilka małych wiosek i gdzieniegdzie rozstrzelone samotne domy. Na polach z rzadka rosnące kępy drzew.
Zaczęłam jeździć od domu do domu, zostawiając informację i mój numer telefonu. Tak spędziłam kilka godzin, a psa ani śladu. Po prostu zapadła się pod ziemię, mimo że widoczność na polach w kwietniu jeszcze wyśmienita. Całe połacie niskiego zboża lub gołej ziemi. Tylko rzepak wyższy, ale za to gęsty.
Wszystko na darmo.
Ogłoszenia papierowe, ogłoszenia w internecie!
To pierwsza czynność, którą wykonałam po powrocie do domu wieczorem.
Z samego rana wsiadłam w samochód i objechałam znowu teren, gdzie mogła się zatrzymać. Nie miałam pojęcia, jak daleko odbiegła. Czy był to kilometr czy kilkanaście kilometrów?
Jak ma wyglądać ogłoszenie?
Tutaj przedstawię moje doświadczenie. Myślę, że CENNE.
Rady są dwie – Wpisać NAGRODĘ w tytule czy nie wpisywać?
Koniecznie w nagłówku wpisać „NAGRODA”, ale wyłącznie wtedy, gdy mamy pewność, że nasz pies jest ufny i podejdzie do obcego w każdej sytuacji.
Takie psy po ucieczce zatrzymują się i bardzo szybko szukają kontaktu z byle jakim człowiekiem. Dają się wziąć do samochodu, złapać na smycz i można liczyć, że człowiek skuszony nagrodą zadzwoni, jeśli widział ogłoszenie.
Jeśli nasz pies jest lękowy lub nigdy nie przejawiał zainteresowania obcymi ludźmi, był nieufny wobec obcych (takie psy nie boją się ludzi, ale nie potrzebują towarzystwa obcych, nie przymilają się do gości w domu) ABSOLUTNIE NIE WPISUJ „NAGRODA ZA ZNALEZIENIE” na ogłoszeniu!!!
Dlaczego nie wpisywać o nagrodzie?
Ponieważ ludzie próbują, skuszeni nagrodą, łapać takie psy, wołać i nieświadomie powodują, że pies UCIEKA jeszcze dalej.
Taki błąd ja popełniłam. Usłuchałam rady, wydawało mi się, że to rada dobra, ale dziś wiem, że w przypadku Gieni był to bardzo poważny błąd. Być może ( a nawet na pewno stało się tak w jednej wsi) ludzie tłumnie poszukiwali ją po terenie i pobiegła kilka kilometrów dalej, znikając na cały tydzień ludziom z oczu.
Nie ganię tych ludzi, chcieli pomóc, ale psy są od nas szybsze, maja cztery razy szybszy refleks, mają doskonały zmysł węchu i nie ma możliwości, by człowiek złapał psa na wolnej przestrzeni. Taka łapanka ma sens wyłącznie w terenie, gdzie jest możliwość zagonienia psa na podwórko, teren zamknięty i ogrodzony, posesję. W innym przypadku płoszymy psa i powodujemy jego przemieszczenie się.
W ogłoszeniu piszemy dużymi literami – PIES LĘKOWY, NIE WOŁAJ, NIE GWIŻDŻ, NIE ŁAP. ZADZWOŃ POD PODANY NUMER TELEFONU!
Druga czynność i kolejne :
Powiadomiłam okolicznych weterynarzy.
Wysłałam emaila z ogłoszeniem do schronisk w promieniu 50km. Z biegiem dni wysłałam w promieniu 100 km.
Zawiadomiłam Gminę, która zajmuje się odławianiem psów. Poprosiłam o umieszczenie ogłoszenia na stronach FB.
Zaktualizowałam w bazach numer chipa! To bardzo ważne! Chip niezarejestrowany jest bezwartościowy, o niczym nie mówi ani służbom, ani weterynarzom. Koniecznie trzeba wpisać numer chip do Safe Animal, CBDZOE, Identyfikacja. To są trzy najważniejsze bazy w Polsce.
Zaspamowałam ogłoszeniami Facebooka, odnalazłam grupy z ogłoszeniami o zaginięciu czy znalezieniu psa na całą Polskę i lokalnie. Wstawiłam ogłoszenia na spotted lokalnie i swoje grupy ze znajomymi.
Skontaktowałam się z fachowcami od odławiania zagubionych i wystraszonych psów. Doradzili mi to, co już wykonałam, czyli zawiadomiłam wszystkich, porozwieszałam ogłoszenia. Pozostało mi czekać na sygnał, że gdzieś była widziana, gdzieś przemykała, ktoś zwrócił na nią uwagę. Bez takiej informacji dalsze działania są jak ślepaki. Człowiek porusza się po dużym terenie i nie ma pojęcia, czy znajduje się w dobrym miejscu i czasie.
W mieście sprawa jest łatwiejsza, ponieważ jest mnóstwo ludzi i pies ma mniejsze szanse zniknąć, rozpłynąć się w powietrzu. Jest bardziej widoczny dla przechodniów czy ludzi w samochodach. W mieście jednak jest w większym niebezpieczeństwie z uwagi na jezdnie i duży ruch uliczny.
Na wsiach pies ma tysiące możliwości schowania się i stosunkowo mało par oczu do wyszukania go…
Tak minęło 6 bardzo, bardzo trudnych dla mnie dni.
Nie miałam żadnej, absolutnie żadnej wiadomości.
Obwiesiłam okolicę kilkunastu kilometrów kwadratowych plakatami – sklepy, przystanki, markety spożywcze i budowlane, apteki, słupy. Wrzucałam ogłoszenia ludziom do skrzynek na listy. Byłam namolna. Efekt osiągnęłam, bo rolnicy słyszeli o moim psie i o mnie, ale bez efektu.
Nic. Gienia zniknęła.
To bardzo frustrujące.
Jeździłam po okolicy całymi godzinami.
I nic.
Nikt nie widział, nikt nie słyszał, nikomu nie przemknęła…
Zniknęła na wielkim obszarze samych pól, na których wydawać by się mogło, widać wszystko – leżący kamień, sarnę, studzienkę i ptaka, ale nie widać psa, którego szukasz.
W 6 dobie pierwszy telefon, że była widziana 3- 4 km od domu w linii prostej. Szalona jazda samochodem i jest! 200 metrów dalej, za daleko, ale jest na polu! Zawołałam cicho po imieniu.
Ogromna radość i jeszcze większa frustracja, że z tej odległości i pod wiatr Gienia nie poznała mnie i uciekła… Nie umiem opisać mojej rozpaczy.
Jak to możliwe, że pies nie poznaje swojego człowieka? Pies, który nigdy nie był do tej pory sam i powinien tęsknić i szukać właściciela?
Moje serce pękło na setki kawałków, ale w takim stanie potrafi znaleźć się spanikowany, przerażony pies, który się zgubił i nie wie, gdzie jest. Niestety trzeba być na to przygotowanym.
Jeden z fachowców, z którymi konsultowałam sprawę powiedział mi, że psy bardzo często po zaginięciu wpadają w tryb przetrwania – jest to właśnie ucieczka, chowanie się i poszukiwanie jedzenia. Taki pies nie pozna właściciela. To nie jest wina ani psa, ani zrozpaczonego najczęściej człowieka. Tak po prostu jest i trzeba ten fakt wziąć na klatę.
Ja popełniłam, jak się okazało, kolejny błąd z niewiedzy.
Przypadkowy rolnik na traktorze widział w którą kępę drzew wbiegła, ale nie mógł zobaczyć, czy w niej została czy pobiegła do innej wsi.
Przez kilka dni zostawiałam w tej kępie roślin pachnące parówki i suchą karmę. A ponieważ jedzenie znikało, kupiłam fotopułapkę, by sprawdzić, czy dokarmiam Gienię czy inne zwierzątka.
Niestety skarmiałam lisy i wsiowe koty…
Moja mała Gienia zniknęła znowu jak kamień w wodę.
Gieni nadal nie ma.
Piszę ten tekst 22 kwietnia 2014, 11 dni po zaginięciu.
Chciałabym móc dopisać szczęśliwe zakończenie tej smutnej i przerażającej dla mnie i Gieni historii. Karmię się opowieściami powrotów zagubionych psów po ok dwóch tygodniach. Trzymam NADZIEJĘ za włosy, by mnie nie opuściła, by była ze mną. Niech nie umiera we mnie…
Gdzie jesteś, Gieniu?
Gdzie jesteś?

23 kwietnia 2024
Od zaginięcia Gieni minęło 12 dni. Dni pełnych rozpaczy, z masą godzin spędzonych w samochodzie, z lornetką przy oczach.
Ani śladu.
O 6 rano zadzwonił pan, któremu dzień wcześniej ogłoszenie pokazała mama, którą ja z kolei spotkałam, gdy spacerowała z psem. Zaczepiałam wszystkich ludzi w okręgu 20 km2.
Gienię widziano daleko od domu.
Nie spotkałam jej, ale rozniosłam po domach ulotki w tej okolicy.

6 godzin później zadzwonił kolejny pan, że jego pracownicy widzieli przed chwilą na polu Gienię. W ciągu tego dnia Gienia przemieściła się 6-8 km od nr 2 do 4 na zdjęciu!!!
Udało mi się ją zobaczyć pomiędzy dwoma polami kwitnącego rzepaku na wąskiej drodze polnej.
Wołałam ją.
Zaczęła biec w moją stronę. Była ode mnie może 200-300 metrów.
I popełniłam kolejny błąd…
Kucnęłam, klepiąc się w nogę starym zwyczajem. Za mną stało 2 mężczyzn. Pan, który mi wskazał to pole i jego pracownik.
Gienia dostrzegła ich, zatrzymała się i pobiegła w górę pola, w drugą stronę! Znowu uciekała!
Chyba nigdy nie płakałam bardziej.
Tego dnia dostałam jeszcze dwie informacje, że Gienia leży przy drodze krajowej, kolejne kilometry dalej. Musiała być bardzo zmęczona. Jedna z pań prowadząca samochód, dostrzegła ją i zareagowała prawidłowo – zadzwoniła do mnie. Druga z pań najprawdopodobniej próbowała ją zatrzymać i Gienia pobiegła dalej.
Kiedy ja dojechałam, mogłam dostrzec jedynie jej sylwetkę znikającą w lesie.
W lesie, gdzie widywano wilki…
Drony. Czy pomagają?
Szukałam Gieni dronem dwa razy i cały czas mowa o wielkiej przestrzeni niemal samych pól.
Jeśli dron, to z bardzo dobrym zoomem, bo dron musi latać wysoko, by nie płoszyć psa. Dźwięk latającego drona jest nieprzyjemny dla psiego ucha. Jeśli dron, to z termowizją nad przestrzenią pełną drzew czy budynków. Zwykły nie da rady w terenie zalesionym czy zabudowanym. Koszt jest bardzo wysoki, ale czasami warto.
Jeśli dron, to wyłącznie do zlokalizowania psa, a nie gonitwy za nim! Pies będzie przed dronem uciekał i będzie w tym od drona lepszy, chociażby dlatego, że dron ma ograniczony bardzo czas latania i odległość, a pies nie.
U mnie dron się nie sprawdził, bo Gienia cały czas się przemieszcza. Nie trzyma się jednego terenu, nie zakotwiczyła, co robi większość psów. Nie wiem, dlaczego wędruje. Szuka domu? Szuka bezpiecznego miejsca? Nie wiem.
19 maj 2024.
Od 23ego kwietnia Gienia znowu zapadła się pod ziemię. Żadnego telefonu, mimo że wydaje się, że ogrom ludzi widziało ogłoszenie. Nie chciałam nawet o tym pisać.
Wędrowałam kilometrami z psami, brodząc z nimi po chaszczach, piaszczystych drogach. W słońcu i wietrze. W nadziei, że Gienia poczuje zapach lubianych psich towarzyszy, że zobaczy, skojarzy, przybiegnie.
Patrzyłam na ogromne połacie pól, na wielką przestrzeń i czułam, jak bardzo jestem mała, jakim jestem nędznym okruchem na tych dziesiątkach kilometrów i jak bardzo jestem słaba, jak słabe są moje zmysły, by namierzyć małego psa.
2 maja zadzwonił młody mężczyzna z informacją, że dwa dni wcześniej psa widziała jego babcia na Polach Lednickich.
Ja jej tam nie wypatrzyłam, ale obkleiłam okolicę stosem ogłoszeń. Tak trzeba.
Potem zapadła bardzo długa cisza, bo przez 16 dni NIKT NIE ZADZWONIŁ.
Moja nadzieja powolutku umierała, mimo że codziennie jeździłam po okolicy. Zaraz po wstaniu słońca, przed zachodem, w południe i po południu.
A dziś, jeśli jest to przełom… Jeśli jest.
W piątek na drodze pomiędzy lasem zatrzymałam traktorzystę.
Po prostu wysiadłam z samochodu i stanęłam na środku drogi, by go zatrzymać. Dałam mu ulotkę, a on mówi do mnie:
– Niech pani jedzie do mojego brata, tam ciągle przychodzą jakieś psy.
Brat mieszkał kolejne 2 km dalej, ale widział i słyszał Gienię za swoim domem!
Słyszał ją w niedzielę, poniedziałek, wtorek i środę. Widział ją, kiedy z wnuczką poszedł sprawdzić, co tak szczeka któryś dzień z rzędu. Widział Gienię, która nawet gdyby chciała podejść, nie mogła tego zrobić, bo dom od pola dzieli rzeczka…
W czwartek słyszał już ją z oddali, a w piątek przyjechałam ja. Nie zadzwonił wcześniej, bo mnie na tym terenie jeszcze nie było.
Gienia jest zawsze krok i kilka kilometrów przede mną.
Od tego czasu Gieni nie słychać na tym polu.
Gdzieś poszła. Przemieściła się. Znowu?
Nadzieja umiera ostatnia…
Dziś jest niedziela 19 maja 2024. 38 dni od zaginięcia Gieni.
Nie spotkałam jej na tym terenie, ale to trudny bardzo teren. Ogromne połacie pól z wysokim już zbożem. Lasy. Kilometry pustkowia. Bardzo trudna polna droga prowadząca tylko do lasu. Gdyby nie to, że córka pożyczyła mi SUVa, nie miałabym szansy dojechać tam moim małym autkiem. Dziękuję ci, córeczko i zięciu.
Za pomoc i za spacer z moimi psami po koleinach traktorów wśród zboża. Czas poświęcony. Za chęci i podtrzymywanie mnie na duchu.
Dziś, w niedzielę, przyszli mi do głowy myśliwi, ponieważ widziałam na tym terenie ambony. Takie proste!
Napisałam kilka emaili do obwodów łowieckich, poszukałam na FB stron.
Odzew był natychmiastowy!
Od dziś mam pomoc 370 myśliwych, którzy penetrują ten teren, a przede wszystkim świetnie go znają, mają sprzęt jak lornetki z noktowizorem, samochody przystosowane do jazdy po takim podłożu i ogromne doświadczenie.
Nie wahajcie się prosić o pomoc MYŚLIWYCH!
Nie wiem, dlaczego tak późno napisałam do nich. Kolejny mój błąd.
Piszę o tym na moim blogu po to, by ktoś kiedyś nie popełniał ich tak dużo, jak ja. Bardzo nie chcę, żeby się to przydało, ale psy niestety znikają. Dopiero teraz wiem, jaki to powszechny problem!
Reagujmy! Zawsze reagujmy!
Róbmy zdjęcia napotkanym samotnym zwierzakom i wrzucajmy na celowe grupy na FB, są łatwe do znalezienia i publiczne. Lepiej jeden post niepotrzebny niż jeden, którego zabrakło.
Nie macie pojęcia, jak wiele zrozpaczonych osób w całej Polsce szuka swojego psa całymi miesiącami!
Jeszcze nic się nie stało, nadal nic nie wiem, ale moja nadzieja odżyła.
Będę pisać. Wierzyć. Szukać jej do ostatniego dnia, do skutku.
CDN…

24 lipca 2024
Nie znalazłam Gieni…
Pola są zarośnięte, zboże i kukurydza wysokie. Muszę zawiesić poszukiwania z lorentką do jesieni.
Gienia żyje gdzieś dziko lub ktoś ją sobie zatrzymał, co wydaje mi się najbardziej prawdopodobne. Jeśli nadal żyje.
06 sierpnia 2024
Nadzieja umiera powoli, ale umiera.
74 dni bez wiadomości.
A kiedy nadzieja już we mnie prawie umarła i budząc się w nocy myślałam, że chciałabym tylko wiedzieć czy żyje, przyszedł dzień 02 sierpnia i wszystko zmienił.
Powiedzcie sami, jaka jest statystycznie szansa, że wasz zaginiony pies, który żyje zupełnie na dziko i nikt jej nie widzi, zakotwiczy w gospodarstwie, które należy do koleżanki waszej znajomej ze świata szetlandów?
A jeśli do tej informacji dodamy fakt, że znajoma głównie z FB, posiadająca szetlanda, udostępnia twoje ogłoszenie bardzo cyklicznie na swojej tablicy, mimo że wszyscy wkoło stracili nadzieję?
Jeśli wydaje się to dla was cudem, to dla mnie tym bardziej jest to wyłącznie CUD.
02 sierpnia chodzę z psami na północ od domu. Rozglądam się, ale już bardzo mechanicznie. Weszło mi to w krew, że gdziekolwiek jestem, patrzę na pola i linie lasu. Przebywanie na dworze kojarzyło mi się wyłącznie z Gienią.
Słyszę telefon w plecaku na plecach, ale nie odbieram. Dopiero za drugim razem sięgam po aparat. Dostaję wiadomość, że podobny pies do Gieni jest widywany w okolicy domu koleżanki pani Ani z FB i że owa pani Renata skontaktuje się ze mną.
Faktycznie zadzwoniła. Mieszka 25 km ode mnie!
Umawiam się na 16tą, ale nie potrafię usiedzieć w domu. Pojawiam się tam już o 14ej. Metodycznie objeżdżam okolicę. Gospodarstwo na uboczu obok dużej wsi, w okolicy pola kukurydzy i puste pola po zbożach, dwie spore gęstwiny niedużych lasów.
Wiem od fachowców, którzy łapią dzikie psy, że to doskonałe tereny, gdzie psy mogą się schować z dala od ludzi, ale na tyle blisko, by nocą podkradać się w poszukiwaniu jedzenia. Jamor czyli Artur Wojciechowski z Hotelu dla psów powiedział mi, że często te psy przyklejają się do jakiegoś gospodarstwa, kumplują z psami na tym domostwie, ale nie podchodzą do ludzi, uciekają od nich.
Gospodarze przywitali mnie bardzo serdecznie. Pani Renata oprowadziła, opowiedziała mi, w jakich godzinach i kiedy mignęła jej sylwetka rudego psa. Zdania są podzielone. Pani Renacie pies wydaje się podobny, mężowi pokazany na filmiku pies nie bardzo kojarzy się z tym biedakiem, kręcącym się koło ich domu.
Okolica się zgadza. Wieś jest jeszcze dalej od domu, bo aż 25 km, ale w prostej linii na północ od miejsca, gdzie rolnik widział ją nad rzeką. (To ciekawe, ale podobno psy kierują się na północ, szukając domu. Robią trasy północ-południe, idąc jakby zygzakiem. Patrząc na mapę poruszania się Gieni, ma to chyba sens. Kiedyś sprawdziłam inne zaginione psy i wydaje się to być prawdą. Tak samo, jak prawdą jest, że psy ras ozdobnych można szukać w promieniu do 5 km, ale takie psy jak owczarki czy rasy większe – zakres szukania musimy rozszerzyć do 30, a nawet 50 km!)
To jednak nadal za mało informacji, by zrobić karmisko. Las jest z tyłu domu i z przodu domu. Z przodu za wiejską drogą przy polu kukurydzy są ślady małego psa na piasku, z tyłu nie ma nic, poza polem kukurydzy, ale za to jest obejście i budynki gospodarcze.
Bardzo intuicyjnie wybieram tył domu, rozsypuję duże kawałki indyka i wieszam fotopułapkę na płocie. Wracam do domu, a serce wali mi jak oszalałe.
To Gienia czy jakiś rudo-biały kundelek?
Wieczorem dostaję zdjęcie od pani Renaty. Zdjęcie z 27 czerwca czyli zrobione ponad miesiąc wcześniej zupełnym przypadkiem przez jednego z domowników i wymazane z pamięci.
Widzę, że to szetland, ale nie poznaję Gieni od razu. Muszę porównać szczegóły, by być pewna. 4 miesiące tułaczki z wychuchanego sheltie zrobiło psa niepodobnego do niczego. Sami oceńcie!

Ale to na pewno Gienia!
Nie mogę spać w nocy. Dłuży się strasznie. Chcę już jechać i sprawdzić, czy była na karmisku, czy się nagrała.
Zawiesiłam źle fotopułapkę, trochę za wysoko i kiedy zgrywam filmiki na laptopa w samochodzie, widzę stojące uszy jakiegoś psa i nic więcej. Wiem, że coś zjadło indyka, ale to nie Gienia. Filmików jest 95. Otwieram każdy, ale bez wielkiej nadziei. Pomyślałam sobie, że znowu dokarmiam pół wsi.
Ale dokarmiałam Gienię. Poznałam ją po uszach na nocnych filmikach, nad ranem pokazała mi się cała głowa. Byłam już pewna.
Za radą łapaczy psów z Krakowa mam w samochodzie Ulkę, matkę Gieni, z którą jest mocno związana. Miałam z nią chodzić na 20 metrowej lince koło tej kukurydzy, ale Ulka wcale nie chce odejść ode mnie dalej niż 3 metry. Siadam więc z nią na środku pola, na ziemi i patrzę lornetką w stronę kukurydzy.
Gienia wyszła z kukurydzy chwilkę później. Szła bardzo wolno te kilka metrów w stronę rozrzuconego mięsa, myślałam, że jest chora. Zabrała się za posiłek, a ja siedziałam na polu z lornetką przy oczach i czułam, że wyskoczy mi serce.
Wiedziałam, że nie wolno mi zawołać. Że muszę tylko obserwować.
To bardzo, bardzo trudne.
Emocje w człowieku szaleją, ale trzeba je wziąć na wodze.

Nie zdecydowałam się na podejście z Ulką bliżej. Bałam się bardzo, że ucieknie i nigdy nie wróci w to miejsce, jak robiła wcześniej. Nigdy nie wracała w miejsce, w którym była.
Wróciłam do domu, pełna strachu, że Gienia znowu zmieni teren. Bardzo chciałam działać, zabrać ją natychmiast do domu, ale nauczona doświadczeniem, starałam się skupić na tym, co będzie najlepsze dla suni, a nie dla mnie.
Jamor czyli Artur Wojciechowski z Warki, z którym konsultowałam się od kwietnia w sprawie Gieni, ma sporo takich uciekinierów i bezdomniaków do łapania i 330 km do mnie. Wstępnie zaproponował środę/czwartek czyli 3-4 dni czekania i dokarmiania Gieni.
3-4 dni! To jakiś kosmos był dla mnie, jak 3-4 lata!
Chciałam się dostosować, a jednocześnie serce krwawiło mi i pękało na kawałki ze strachu, że Gienia zniknie.
Pomyślałam o sedalinie, żeby podać ten środek otumaniający w kawałku mielonego i znaleźć w tej kukurydzy lub pod belami słomy uśpioną Gienię. Jako laikowi wydawało mi się, że to takie proste i łatwe. I najszybsze!
Okazało się, że sedalin i kukurydza to głupi pomysł. Że tylko mnie laikowi wydawało się, że to podziała jak zastrzyk na filmach, pies zaśnie i można podejść i zabrać jak tłumoczek.
Nie wolno tego robić w takich warunkach. Pies może zachować się zupełnie inaczej niż sobie wyobrażamy. Bardzo konkretnie tę sprawę wyjaśnili mi ludzie z Krakowa https://www.facebook.com/DogAlert24/
Dziękuję im za konsultację!
Postanowiłam usłuchać fachowców.
Szczęśliwie dla mnie i Gieni, Jamor znalazł czas już w poniedziałek 05 sierpnia!
Znowu CUD, prawda?
Jechałam na miejsce, kiedy dostałam wiadomość od niego. Od odłowienia Gieni dzieliło mnie kilka godzin. Na miejscu chciałam jeszcze raz nagrać filmik Jamorowi z miejscem karmiska. Wyszłam z nagrywającym telefonem zza rogu i dostrzegłam Gienię, czekającą na jedzenie (nie wolno karmić psa przed próbą odłowienia. Pies musi być głodny, by się zjawić na karmisku)
Gienia dostrzegła mnie i zerwała się do ucieczki, a ja szybko wycofałam się za róg płotu.
Wpadłam w panikę.
Bałam się, że ją wystraszyłam i pobiegnie przed siebie kolejne 10-15 km!
Jamor jednak mnie uspokoił, że skoro jest w tym miejscu już tyle czasu, to po prostu schowała się w kukurydzy i wyjdzie.
Link do Hotel dla psów JAMOR, która zajmuje się odławianiem zdziczałych psów.
Gienia jest bezpieczna w domu.
Gienia wyszła z tej „przygody” bez większego szwanku. Jest bardzo, bardzo chuda, ale o dziwo bez kleszczy, zranień.
Poznała dom natychmiast po zaparkowaniu pod nim. W tym momencie zaczęła w klatce skomleć i szczekać.
To niesamowite, jak błyskawicznie w głowie psa zapada klapka i zapomina właściciela, by tak samo szybko wrócić do stanu sprzed TRYBU PRZETRWANIA.
Wciąż nie mogę uwierzyć, jak to działa, dla nas tak bardzo niezrozumiale…Rano uciekła ode mnie w panice, a wieczorem kochała znowu tak samo, jak dawniej.
Gienia jest może odrobinę nerwowa, bardzo skupiona na mojej osobie, nie odstępuje mnie na krok, łasa pieszczot i mówienia do niej. Jakby chciała sobie zrekompensować 4 miesiące życia bez człowieka.
Żołądek ma wielkości orzecha włoskiego, ale ze spokojem odkarmimy małymi porcjami.
Włos jest bardzo zniszczony, rzadki i matowy, nie ma w tym jednak nic dziwnego, skoro jadła bardzo rzadko i bele co.
Na wszelki wypadek podałam już wczoraj Simparicę na kleszcze i pchły, chociaż przy kąpieli nie znalazłam pasożytów zewnętrznych. Standardowo też odrobaczyłam.
No cóż, mojemu psu się wydaje, że jest dalszy ciąg 11 kwietnia 2024 roku… jakby nic nie działo się pomiędzy 🙂 Może to i dobrze?
Zróbcie wszystko, by nigdy nie przeżyć tego, co Gienia i ja. Nigdy. To bardzo trudne.
